Ciemno wszędzie, zimno wszędzie – witajcie w Fortitude!

Fortitude - serial

Fortitude – serial

 

Niedawno natknąłem się na kolejny świetny serial, który ma potencjał odnieść duży sukces. Mam na myśli Fortitude, brytyjską produkcję, która wyróżnia się świetną obsadą, mroźnymi do szpiku kości zdjęciami i niepokojącym klimatem. Serial na pewno spodoba się fanom skandynawskich kryminałów, szczególnie że jedną z głównych rol odgrywa Sofie Gråbøl znana ze świetnego Forbrydelsen.

Tytułowe Fortitude to fikcyjna, norweska wioska, ale serial faktycznie kręcony jest we wschodniej Islandii. Sami jej mieszkańcy szczycą się, że to najspokojniejsze miejsce na Ziemi – z powodu małego zaludnienia nie dochodzi tam praktycznie do żadnych przestępstw. Widzom łatwo to zweryfikować, bo są świadkami pierwszego zabójstwa (nieumyślnego co prawda, ale jednak) w pierwszych minutach premierowego odcinka. Wydarzenie to jednak schodzi na dalszy plan, gdy w dosyć makabrycznym morderstwie ginie jeden z naukowców kierujący umiejscowionym w Fortitude arktycznym centrum badawczym.

Akcja szybko nabiera tempa, a na scenę wchodzą kolejne postacie. Jak to zwykle w małych miejscowościach bywa, każdy z mieszkańców ma jakiś mały sekret lub swoje własne ambicje, które starają się spełnić za każdą cenę. Dowiadujemy się więc o różnych romansach i sympatiach, które łączą ludzi z Fortitude, planach budowy hotelu dla turystów szukających spokoju w „najbezpieczniejszym miejscu na Ziemi”, tajemniczych badaniach geologicznych, które mogą rzucić cień na tę inwestycję, a niedaleko miasteczka znajduje się też upadająca kopalnia, której bankructwo poważnie zagraża lokalnej ekonomii. Jednym z głównych wątków jest też tajemnicza choroba, na którą zachorował mały chłopiec tuż po odkryciu w zmarzlinie szczątek mamuta.

Wszystko to wpływa na to, że lokalna sieć zależności i interesów, jak i stosunki panujące pomiędzy głównymi bohaterami, są piekielnie napięte. Od pierwszych minut można wyczuć, że coś wisi w powietrzu, a mieszkańcy są strasznie uparci i mimo bliskich relacji, jakie ich łączą, nie do końca sobie ufają.

Zobacz także: Spin-off The Walking Dead będzie miał dwa sezony!

Fortitude świetnie wpisuje się w kanon seriali, których akcja toczy się w małych, z pozoru spokojnych miasteczkach. Oczywiście na myśl przychodzą tutaj takie produkcje jak Fargo (chociaż w naszym przypadku nie ma nawet śladu poczucia humoru znanego z filmu czy serialu) czy Twin Peaks. Niepokojąca atmosfera i miejsce akcji Fortitude przywodzi na myśl też The Thing Carpentera. To zresztą nie jedyne, co łączy serial z horrorem. Co prawda po obejrzeniu 4 odcinków można się spodziewać rozwinięcia wątku kryminalnego, ale w powietrzu ciągle unosi się niedopowiedziana obietnica, że w którymś momencie serial „skręci” nieco w stronę filmu grozy rodem z  powieści H.P. Lovecrafta. Osobiście nie mam nic przeciwko, szczególnie że arktyczna, zimna i mroczna sceneria sprzyja takim klimatom.

Z drugiej strony sam scenariusz tak umiejętnie lawiruje pomiędzy wątkami, że trudno uznać coś za pewnik. To zresztą jedna z najważniejszych i charakterystycznych cech Fortitude - akcenty ciągle się zmieniają, podobnie jak nasze sympatie do poszczególnych bohaterów. Wygląda na to, że prawie każdy z nich może mieć coś na sumieniu, a ich intencje nie do końca są dobre.

Na uwagę zasługuje też dobra ścieżka dźwiękowa, a utwór, który towarzyszy czołówce, stworzył szwedzki duet Wildbirds & Peacedrums. Za cały soundtrack odpowiedzialny jest Ben Frost – Australijczyk mieszkający w Islandii – a w drugim odcinku możemy zobaczyć występ metalowego zespołu Moldun z Reykjaviku. Niezbyt dobrego, niestety.

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego serialu, to naprawdę was do tego zachęcam. Widać, że produkcja ta ma spory potencjał, a w dodatku grają w niej naprawdę świetni aktorzy. Ciekawie wygląda właśnie ta międzynarodowa mieszanka obsady, w skład w której wchodzą obywatele Danii, Irlandii, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Hiszpanii czy Włoch. To coś dosyć egzotycznego, szczególne w takim miejscu jak Fortitude…

Paweł Kański

Jestem internetowym zwierzem i jednocześnie łowcą LOL contentu, niepoprawnym fanbojem Twin Peaks i pankiem-weganinem. Uwielbiam nieszablonowe, dziwne kino i literaturę faktu. Dla "internetsów" piszę od kilku lat, głównie poruszając się w tematach technologiczno-sieciowych, ale zawsze ciągnęło mnie także w inne, mniej zbadane rejony. Na Culture Geeks mam nadzieję je spenetrować.

Zobacz również: