Cyrk na kółkach – recenzja Mad Max: Fury Road

mad max na drodze gniewu recenzja

Mad Max: Na drodze gniewu (ang. Mad Max: Fury Road) wzbudzał ogromne emocje na długo przed premierą. I trzeba przyznać, że robi to także po seansie. George Miller, twórca serii Mad Max, wrócił w wielkim stylu i chwale. Tak, nowy Mad Max jest znakomitym kinem akcji!

Przyznam, że z niecierpliwością czekałem na pojawienie się w kinach najnowszej odsłony przygód Mad Maxa. Jako wielki fan pierwszych dwóch części (a także darzący sympatią nie do końca udaną część trzecią) byłem przepełniony z jednej strony wielką nadzieją, że zobaczę znowu jedno z moich najbardziej ulubionych uniwersów, a z drugiej obawą, że w dzisiejszej modzie reaktywowania kultowych serii z przeszłości, także i nowy „Szalony Max” podzieli los wielu współtowarzyszy i będzie po prostu niewypałem.

Jak może niektórzy z was pamiętają, koleje powstawania najnowszej części Mad Maxa były niezwykle burzliwe. Pierwsze przymiarki powstrzymała niepewna sytuacja w Namibii, w której miała być kręcona nowa część. Potem twórca serii, George Miller, stracił zaufanie producentów i miał problemy ze zbudowaniem odpowiedniego budżetu dla swojego pomysłu, toteż na kilka lat oddał się odbudowywaniu swojej pozycji w Hollywood, tworząc filmy animowane. Naturalną tego konsekwencją było pojawienie się pomysłu stworzenia animowanego filmu o Mad Maxie, który ostatecznie nie został zrealizowany. Wszystko odmieniło się w 2011 roku, gdy Millerowi udało się nakłonić do finansowego wsparcia producentów, a do głównej roli Mad Maxa namówił brytyjskiego aktora, Toma Hardy’ego. Do obsady dołączyła Charlize Theron i tak ostatecznie ruszyła produkcja filmu.

Mad Max Na drodze gniewu Tom Hardy

Tom Hardy jako Mad Max wypada naprawdę dobrze, choć nie dorównuje postaci wykreowanej przez Mela Gibsona

Od publikacji pierwszych fotosów z planu emocje wokół filmu zaczęły gwałtownie rosnąć. Atmosferę podsycały znakomite trailery, które pojawiały się w sieci. O produkcji zrobiło się tak głośno, że jeden z jego premierowych pokazów wyświetlono na Festiwalu w Cannes (kto by kiedyś pomyślał, że Mad Max trafi do festiwalowej kolebki kina artystycznego?). I w końcu Mad Max: Fury Road dotarł na ekrany kin.

Nie będę bliżej rozwodził się nad fabułą, bo ta stanowi tylko pretekst i tło do pokazania „mięsa” tego filmu. Główny bohater (Tom Hardy) staje ramię w ramię z imperatorką Furiosą (Charlize Theron), chcąc ocalić ciemiężone kobiety i lud przed samozwańczym i  szalonym dyktatorem Immortanem Joe. Reszta filmu to już ciągły pościg!

Mad Max w kreacji Toma Hardy’ego stara się nawiązywać do swojego poprzednika, ale nie jest tak charyzmatyczny jak bohater wykreowany przez Mela Gibsona. Jednak trzeba przyznać, że nie pomógł mu w tym scenariusz. Hardy wymawia może z 30 kwestii podczas całego filmu, którego centralną oś stanowi postać Furiosy i jej kobiecych towarzyszek. Postać Maxa wydaje się być zepchnięta na bok, stanowiąc rolę pomocnika w działaniach bohaterek. Muszę przyznać, że Charlize Theron bardzo dobrze wypadła w roli swojej zbuntowanej bohaterki, a pomiędzy nią a Maxem czuć na ekranie tworzącą się chemię (choć jak donosiły wieści z planu, aktorzy za bardzo za sobą nie przepadali). Reszta postaci jest niemal wyjęta ze świata komiksowego czy zwariowanego filmu animowanego (pojazd, na którym grupa szaleńców wystukuje rytm na bębnach, a na jego przedzie znajdują się dwie wysokie kolumny głośników i groteskowy gitarzysta ze strzelającą ogniem gitarą? Dlaczego nie!). Immortan Joe i jego poplecznicy są przerysowani, czasami dość nieudolni w swoich poczynaniach, a z drugiej strony niezwykle wyraziści i stanowiący świetny kontrast dla głównych bohaterów.

Mad Max na drodze gniewu

Gitarzysta ze strzelającą ogniem gitarą, zagrzewający swoich współplemieńców do pościgu? Absolutne szaleństwo jest jedną z najsilniejszych stron Mad Max: Fury Road

Jednak meritum filmu to nieustanna wysoka prędkość. Już od samego początku, gdy na ekranie widzimy tylko Mad Maxa na tle pustynnego krajobrazu, po chwili raczeni jesteśmy pierwszym przyśpieszeniem akcji, który stanowi pościg za głównym bohaterem. Następnie film zwalnia tylko na kilka minut, aby wrzucić kolejny bieg i pędzić nieubłaganie przez dobrą godzinę seansu. Następnie dostajemy chwilę wytchnienia, aby na koniec twórcy uraczyli nas kapitalną sekwencją finałową, która nie zwolni już praktycznie do samego końca. Niemal dwie godziny pościgów, pewnie niektórzy z was pomyślą, że musi to być nudne? Nie! Wręcz przeciwnie. Po zakończeniu seansu czułem niedosyt, chciałem jeszcze więcej. A wszystko to dzięki kapitalnej realizacji.

Postawię odważną tezę, że George Miller z Mad Maxem: Na drodze gniewu wszedł na nowy poziom tworzenia widowiskowego kina akcji, które oparte jest na pościgach samochodowych. Przede wszystkim twórcy zrobili wszystko, żeby widz nie widział wykorzystania „komputerów” i cyfrowych efektów specjalnych. Wszystkie sekwencje pościgowe (czyli w zasadzie cały film) sprawiają wrażenie realnego wydarzenia pomimo swojej niezwykłości. Jak coś zderza się, wybucha czy rozpada na drobne kawałki, to mamy wrażenie, że to się autentycznie wydarzyło na planie. Ten film to swoisty balet destrukcji na czterech (i nie tylko) kołach. Wszystko ma tutaj swoje miejsce i nic nie dzieje się z przypadku.  Twórcom udało się nawiązać w ten sposób do klasyków pościgowego kina drogi spod znaku Znikającego punktu, Pojedynku na szosie czy właśnie pierwszych dwóch części Mad Maxa.

Stylizowane na post-apo samochody i inne konstrukcje na kołach robią ogromne wrażenie i znakomicie budują klimat uniwersum. Pomysłowość twórców w przypadku pewnych konstrukcji naprawdę zadziwia. Kapitalnym pomysłem chociażby okazały się znane z trailerów „bujające się tyczki” zamontowane na pojazdach, które pozwalały przeciwnikom dostawać się na ścigany pojazd. Ich wykorzystanie w akcji sprawia wrażenie oglądania surrealistycznej cyrkowej choreografii.

Mad Max na drodze gniewu

Pomysł z wykorzystaniem „tyczkarzy” w pościgu jest kapitalny, a jego realizacja jeszcze lepsza!

Film, choć dzieje się w scenerii pustynnej, jest tak zrealizowany, że jego krajobrazy wcale nie nudzą. Wbrew pozorom jest różnorodnie, a smaczku dodaje używanie filtrów, które w intrygujący sposób nasycają kolorami otoczenie wydarzeń, co ciekawie wypadło na przykład w scenach nocnych. Wizualnie Mad Max: Fury Road jest klasą sam dla siebie. Niesamowite tempo filmu podkręca także bardzo gęsty i precyzyjny montaż. Warto wspomnieć, że w filmie użyto ponad 2500 cięć montażowych, co daje blisko 22 cięcia(!) na minutę! Cóż, miłośnicy statycznego kina raczej mogą omijać nowego Mad Maxa z daleka.

Scenografia i kostiumy robią ogromne wrażenie przywiązaniem do detali. Zresztą odnoszę wrażenie, że twórcy filmu chyba dużo grali w serię gier Borderlands, gdyż ciężko nie zauważyć pewnych podobieństw w kreacji i zachowaniach bohaterów (ot paradoks; pierwsze dwa Mad Maxy stworzyły kanon obrazowania świata post-apo, z którego inspiracje na potęgę czerpał głównie świat gier komputerowych. Teraz to wszystko z nawiązką wróciło z powrotem do świata filmowego).

Jeśli już o nawiązaniach mówimy, to trzeba przyznać, że twórcy Mad Maxa: Na drodze gniewu lubią w kilku momentach puścić delikatnie oko do miłośników klasycznych części Mad Maxa. Fani szybko skojarzą pojawiającą się na ekranie pozytywkę znaną z drugiej części przygód Maxa czy rozpoznają szybkie ujęcie „wyłupiastych oczu”, z kolei ci najbardziej uważni skojarzą może pewną czaszkę nabitą na samochód, przpominającą jednego z bohaterów znanego z Wojownika Szos. Takich smaczków zapewne jest więcej, ale wielokrotnie wspomniane błyskawiczne tempo filmu wymaga dobrej wprawy, by je wyłapać.

Mad Max na drodze gniewu

Sceny „nocne” zmieniają zupełnie kolorystykę na ekranie i pozwalają na chwilę odetchnąć od pustynnych krajobrazów

Całość obrazu dopełnia ciężki, agresywny i silnie zrytmizowany soundtrack autorstwa JunkieXL. Trzeba przyznać, że doskonale portretuje on wydarzenia prezentowane w filmie, a momentami wręcz się z nimi przenika (wspomniana scena z gitarzystą). Jest szybko i z pazurem. Jedynie można przyczepić się do kilku zbyt sentymentalnych wstawek w spokojniejszych fragmentach filmu.

Mad Max: Fury Road ma to, za co pokochano dwie pierwsze części serii. Jest szaleństwo i nieokrzesana dzikość (zarówno głównych bohaterów, jak i watahy ścigających ich przeciwników), brutalność (jest krwawo, trup ścieli się gęsto, a ciała nie raz wpadają pod koła samochodów), ryk i warkot silników, których zapach spalin niemal czuć w sali kinowej, oraz znakomita wizja świata po katastrofie nuklearnej. Przy tym ograniczono niemal do minimum występowanie scen, w których widz poczułby uczucie zażenowania czy zdziwienia a propos tego, co zobaczył na ekranie.

Tom Hardy w jednym z wywiadów przed premierą filmu powiedział, że oglądanie jego realizacji z boku musiało przypominać bandę poprzebieranych szaleńców bawiących się w cyrk (w sumie dużo się nie pomylił, biorąc pod uwagę, że przy udziale części scen brali udział artyści z Cirque du Soleil). I to wszystko czuć na ekranie. Oglądanie tego filmu to ciągle rosnąca dawka emocji, która nie pozwalała mi usiedzieć spokojnie w fotelu.

Mad Max na drodze gniewu

Mad Max Fury Road to 120 minut czystej akcji na najwyższym poziomie

W ostatnich kilkunastu latach w dorobku Georga Millera znajdziemy produkcje skierowane do młodszych widzów. To on współtworzył historię Babe – pewnej świnki z klasą, czy był odpowiedzialny za wykreowanie animowanego świata pingwinów w obydwu częściach Tupotu małych stópek (za co doczekał się Oskara). Mad Max: Fury Road jest jego powrotem zarówno do poważnego kina, jak i do historii, która zapoczątkowała jego karierę. Przyznam, że oglądając najnowszą część przygód „Szalonego Maxa”, ponownie czułem się jak dziecko, które na początku lat 90. za pośrednictwem kasety VHS miało okazję obejrzeć Mad Maxa 2. George Miller osiągnął coś, co wydawało się niemożliwym. Po blisko 30 latach przywrócił światu Mad Maxa. I to w jaki sposób!

Film zbiera entuzjastyczne recenzje na całym świecie i wydaje się, że powstanie kolejnych części, których realizację Miller uzależniał od sukcesu Fury Road, jest nieuniknione. Na razie cieszmy się najnowszym Mad Maxem, przy którym inni twórcy współczesnego samochodowego kina akcji (seria Szybcy i wściekli), wydają się być początkującymi twórcami. Póki co jest to blockbuster roku, któremu palmę pierwszeństwa może chyba tylko odebrać nowa część Gwiezdnych Wojen. Polecam gorąco! To film, który ma szansę stać się klasykiem kina akcji!

Ps.

Z premedytacją nie odnoszę się do pojawiających się w sieci zarzutów o kobiecą propagandę, bo nie warto marnować na to klawiatury.

Michał Adamski

Niepoprawny pesymista, miłośnik wodnej fauny i gramatyczny nazista. Fanatyk filmów Sergio Leone, spaghetti westernów i ogólnie pojętego kina exploitation. Lubi nowe technologie, tenis, football amerykański oraz uwielbia poświęcać wolny czas na gry komputerowe, a w szczególności te, które już przekroczyły wiek pełnoletności.

Zobacz również: