Filmowe premiery 2015 roku, na które NIE warto czekać

Premiery 2015

Początek roku to dobry moment dla każdego fana kina, by przejrzeć najciekawsze zapowiedzi premier, które odbędą się w przeciągu kolejnych 12 miesięcy. Z łatwością znajdziecie takie zestawienia na wielu blogach i portalach. Mnie jednak zawsze ciekawi ilość spektakularnych klap i zawiedzionych nadziei, jakie towarzyszą każdego miesiąca kinomanom. Z sadystyczną satysfakcją pozwoliłem więc sobie zrobić przegląd premier 2015 roku, które moim zdaniem zakończą się kompletnymi porażkami, szczególnie pod względem artystycznym. Część z typów jest dosyć oczywista, do innych mam swoje własne i często nie podparte niczym innym niż zwykłe przeczucie zdanie. Mam nadzieję, że w trakcie kolejnych miesięcy będę mógł większość z moich przypuszczeń potwierdzić. Jeśli trzeba – na pewno je odszczekam!

Fifty Shades of Grey – tak, wiem. Branie na celownik filmu opartego na tej pornoidalnej, ale bardzo popularnej książce, jest łatwe. Na początku pisania tekstu wcale nie brałem tej produkcji pod uwagę, bo pomyślałem sobie, że to cios poniżej pasa. Jednak po przeczytaniu na polskich forach kilku komentarzy fanów (fanek?) tego filmu zdałem sobie sprawę, że ten obraz będzie dokładnie taki, jakiego oni oczekują. Dlatego właśnie zasługuje on na obsmarowanie jeszcze na długo przed premierą. Czego można spodziewać się po tej produkcji? Dużo filmowego marketingu, ładnych zdjęć, wielu scen soft-porno, wzniosłych dialogów i mądrości, których nie powstydziłby się sam Paulo Coelho. Nie ma co się oszukiwać, to produkt tworzony dla konkretnego targetu, który ma się sprzedać i spodobać się tłuszczy. Polska premiera odbędzie się 13 lutego, czyli na dzień przed walentynkami. Już teraz współczuje tym wszystkim facetom, którzy będą musieli zmarnować piątkowy wieczór na „romantycznym” wypadzie do kina. Z drugiej jednak strony, jeśli obejrzycie tego gniota, to zasługujecie chociaż na szybki numerek! Obsady i scenariusza nie będę opisywał, bo się brzydzę.

Jurassic World, czyli deptania niezapomnianych wspomnień z dzieciństwa ciąg dalszy. Z tym tytułem wszystko się niby zgadza – producentem wykonawczym jest sam Spielberg, wszyscy pamiętają pierwszą część franczyzy (Jurassic Park, #gimbymogąjednakniepamiętać), a dinozaury były fajnymi zwierzakami i są naprawdę wdzięcznym tematem dla filmu akcji. Niestety, po obejrzeniu trailera nie mam wątpliwości co do jakości produkcji. Wystarczy rzut oka na opis fabuły: w Jurassic World, czyli tytułowym parku rozrywki, gdzie ludzie mogą do woli oglądać i podziwiać sklonowane dinozaury, postanowiono stworzyć hybrydę tyranozaura i welociraptora. Czym charakteryzowały się te urocze zwierzaki, nie muszę chyba wyjaśniać szczególnie tym, którzy mają w ofercie kablówki telewizję Discovery lub prenumerowali w latach 90. zeszyty od De Agostini. Naprawdę? Naprawdę naukowcy postanowili stworzyć coś takiego i wpuścić do parku rozrywki pełnego dzieci i turystów z Florydy takiego potwora? Jeśli macie problemy z wyobraźnią, podpowiem wam, czego można się spodziewać po tym filmie: nieuzasadnionych ilości CGI, bohaterów o mimice Bustera Keatona i scenariusza przewidywalnego jak reakcje redaktora Terlikowskiego na nową homilię papieża. Na dowód, trailer:

Chappie – dobrze wiem, że za umieszczenie tego filmu na takiej liście nieźle mi się oberwie. Akurat w tym przypadku, mam nadzieję, że się mylę. Jednak po obejrzeniu pierwszego zwiastuna obawiam się, że film ten mnie nie zaskoczy, tak jak zrobił to District 9Neill Blomkamp to fajny reżyser, ma świetny warsztat i świeże podejście do dosyć oklepanych pomysłów. Do nowego filmu udało mu się też wcisnąć naprawdę konkretne nazwiska: Hugh Jackmana, Sigourney Weaver i niesamowicie medialnych członków duetu Die Antwoord. Zapowiada się świetnie, ale wydaje mi się, że ostatnio pojawiło się dosyć sporo filmów, które dogłębnie eksplorują temat sztucznej inteligencji i robotów (HerAutómata, Transcendencja czy nawet wątek „majnkraftowych” robotów w Interstellar). Dlatego trudno mi wierzyć, że Blomkamp będzie w stanie jeszcze cokolwiek z niego wycisnąć. Szczególnie że trailer zapowiada raczej rozwałkę i luźne podejście do tego, czym powinna lub może być sztuczna inteligencja.

The Walk – na trailer tego filmu trafiłem w kinie i co nie umknęło mojej uwadze, za reżyserię odpowiedzialny jest sam Robert Zemeckis. W głównej roli ma zagrać Joseph Gordon-Levitt (który nie zagrał niczego lepszego od czasów Trzeciej planety od Słońca), co powinno zagwarantować kasowy sukces tej opowieści. Scenariusz oparty jest na ciekawej historii Philippe’a Petita – Francuza, który w 1974 przeszedł na linie rozwieszonej pomiędzy dwoma wieżami World Trade Center. Sądząc jednak po filmowej zapowiedzi, sama produkcja będzie efekciarska i sztampowa jak wieczór kawalerski w burdelu lub klubie nocnym. Mimo mojej sympatii do Josepha Gordon-Levitta, wątpię, by podołał on roli, w której bohater nie strzela ze strzelby (Looper), nie podróżuje w głąb snów (wiadomo), nie jest uzależnionym od pornografii bobkiem (Don Jon) lub cherlawym amantem (500 dni miłości). Za to muszę przyznać, że znakomicie wygląda w bordowym golfie. Film będzie, a jakże, dostępny także w wersji 3D. To tak, jakby ktoś miał wątpliwości, do czego to zmierza.

Disco Polo – w zasadzie tutaj mógłbym skończyć swoją tyradę. Jednak tę soczystą, polską wisienkę zostawiłem sobie na koniec. Film w reżyserii Macieja Bochniaka opowiadać będzie historię dwóch sympatycznych młodzieńców, którzy postanawiają zdobyć sławę i pieniądze robiąc karierę „muzyczną”. Jak rozumiem, film powstaje, bo scena polskiego disco przeżywa obecnie coś w stylu renesansu, a jej przedstawiciele brylują nawet w ogólnopolskich stacjach telewizyjnych. To chyba więc dobry moment, by spieniężyć oddanie ich fanów i wypchać kieszenie producentów cebulo-złotówkami? Trailer wygląda jak koszmarny, polski do szpiku kości trip na kwasie, a od nasycenia kolorów można dostać raka. Główne role przypadły młodym aktorom (Dawid Ogrodnik i Piotr Głowacki), ale wśród nich nie mogło zabraknąć kilku bardziej znanych twarzy. W Disco Polo pojawi się więc Tomasz Kot, a nawet Tomasz „majtki w dół” Niecik. Na film można pewnie pójść dla zwykłej beki, szczególnie że na razie prezentuje się on jak negatyw filmów Smarzowskiego. Boje się tylko, że wyszedłbym z kina, nucąc melodię jednego z obecnych w produkcji przebojów…

Listę skończę tutaj, chociaż w 2015 roku szykuje się wiele premier, które mają dosyć duży potencjał do bycia kompletnymi gniotami. Do kin trafi nowy Terminator, Ant-Man, nowa produkcja rodzeństwa Wachowskich (Jupiter: Intronizacja), kolejny epizod Gwiezdnych Wojen, Mad Max czy kontynuacja przygód pluszowego erotomana – Teda. Jestem jednak człowiekiem wielkiej wiary i mam nadzieję, że nie wszyscy twórcy nas zawiodą. Obym miał rację!

Paweł Kański

Jestem internetowym zwierzem i jednocześnie łowcą LOL contentu, niepoprawnym fanbojem Twin Peaks i pankiem-weganinem. Uwielbiam nieszablonowe, dziwne kino i literaturę faktu. Dla "internetsów" piszę od kilku lat, głównie poruszając się w tematach technologiczno-sieciowych, ale zawsze ciągnęło mnie także w inne, mniej zbadane rejony. Na Culture Geeks mam nadzieję je spenetrować.

Zobacz również:

  • fan

    Czekam tylko na Jupitera… resztę faktycznie trzeba sobie odpuścić. Prometeusz dopiero w 2016 :( Hobbit był fajny i tak naprawdę chyba na horyzoncie nie widać dobrych kontynuacji… No bo przecież nie zapowiadany kolejny Indiana Jones…

    • Paweł Kański

      Jupiter niestety zbiera raczej słabe recenzje, ale na kontynuację Prometeusza czekam z niecierpliwością bo uważam, że to naprawdę porządny film, wbrew opinii wielu innych osób ;)