Największe filmowe rozczarowania roku 2015

Jupiter Ascending

Wszyscy lubimy coroczne podsumowania, a ja w szczególności te, kiedy mogę się nieco wyżyć na niektórych produkcjach. Materiału jest sporo, a Hollywood jak co roku nie zawodzi. Ten tekst specjalnie też piszę jeszcze przed premierą nowej części Gwiezdnych Wojen, ale mam szczerą nadzieję, że ta produkcja i tak nie znalazłaby się w tym wpisie. Zostawię już jednak Star Wars w spokoju, przynajmniej do czasu polskiej premiery. Tymczasem zapraszam na wycieczkę po największych amerykańskich gniotach tego roku!

Zobacz też: Viking – rosyjski film, który zawstydzi serialowych Wikingów

Jupiter: Intronizacja to dla mnie największy zawód tego roku i chyba jedyny tegoroczny blockbuster, którego nie dałem rady obejrzeć do końca. To naszpikowane kliszami i żałosnymi dialogami „dzieło” sprawiło, że miałem ochotę przerwać seans po 20 minutach. W swojej naiwności sądziłem jednak, że rodzeństwo Wachowskich będzie jeszcze w stanie wyciągnąć film chociaż do poziomu dolnych granic przeciętności. Nie dali rady, a ja zakończyłem oglądanie dobre 30 minut przed ukazaniem się końcowych napisów. Co w filmie jest nie tak? Aktorstwo leży, scenariusz jest po prostu beznadziejnie głupi, a moja inteligencja była obrażana częściej niż w TVN-owskich serialach. Dno, bagno, muł. Kto nie widział niech się do tego badziewia nawet nie zbliża, darujcie sobie! Jeszcze mała dygresja: osoby odpowiedzialne za charakteryzację i stroje wysłałbym do gułagu.

Ted 2 – oczywiście, byłbym naiwny gdybym spodziewał się tutaj czegoś naprawdę dobrego. Jednak ze wstydem muszę przyznać, że pierwsza część naprawdę mi się podobała. Z nadzieją obejrzałem więc i sequel, ale to film, który można by stosować w szpitalach zamiast usług anestezjologa. Naprawdę gromko śmiechłem tylko raz (scena w banku spermy z przewróconą półką, jest zresztą na trailerze…), ale prawdopodobnie był to efekt odurzenia spalonym wcześniej jointem. Historia powtarza zabiegi znane z pierwszej części Teda, żarty są sztubackie i dziecinne, nawet jak na „film dla facetów”. Mam więc radę, szczególnie dla facetów zamierzających oglądać Teda 2 podczas spotkania z kolegami: nie idźcie tą drogą. Lepiej po raz setny obejrzeć Big Lebowski, niż zniżać się do poziomu twórców tego gniota.

Get Hard (polski tytuł: Cienki Bolek. Dziękuję, do widzenia) – film z Willem Ferrellem. Co może pójść nie tak? Generalnie wszytko, a twórcy tego filmu popełnili wszystkie możliwe komediowe grzechy: żarty nie są śmieszne (hello!), zbyt dużo tu politycznej poprawności (chociaż twórcy chcą nas przekonać, że jest dokładnie na odwrót), a scenariusz nie trzyma się zbytnio kupy. A Will Ferrell? Jest taki jak zwykle i to tak naprawdę jedyny jasny punkt filmu. Jeśli naprawdę lubicie jego głupkowaty styl, możecie Get Hard obejrzeć. W przeciwnym wypadku nie ma żadnego sensu, zmarnujecie prawie dwie godziny życia.

The Human Centipede 3 - wielu z was zdziwi się, że ktoś może mieć nadzieję, że taki film będzie dobry, a później czuje rozczarowanie po jego obejrzeniu. Sam nie mam złudzeń co do poziomu serii. Pierwsza część była żenująco słaba, ale ilość bezmyślnej przemocy i obrzydlistw naprawdę mnie satysfakcjonował. Sequel był naprawdę świetny! Kilka razy musiałem co prawda odwrócić wzrok, bo nie dałem rady wytrzymać, ale to naprawdę wysoka pozycja w swojej lidze. Trzecia część jest już totalnym gniotem z żałosną namiastką scenariusza i dużą dawką sadyzmu. Ten tytuł lepiej obchodzić z daleka, szczególnie, że poziom filmu jest dużo niższy niż w drugiej części. W sumie jednak, czego mogłem się spodziewać?

Cooties – ta komedia zapowiadała się całkiem nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę obsadę. Znajdziemy w niej Elijah Wooda, Alison Pill oraz Rainna Wilsona. To w dodatku film o zombie, więc „na papierze” wyglądał całkiem nieźle. Rzeczywistość okazała się naprawdę rozczarowująca. Cooties to film, który jest sympatyczny, ale nie jest w ogóle zabawny. Spodziewałem się czegoś więcej, ale produkcja ta potwierdza tylko regułę, że nie wystarczy świetna obsada by stworzyć dobrą produkcję.

Tomorrowland - muszę przyznać, że lubię od czasu do czasu obejrzeć taką ładnie wyprodukowaną bajeczkę dla dorastającej młodzieży. Jednak w tym przypadku zamiast pralinki z Wedla dostałem małą, poskręcaną psią kupę zawiniętą w opakowanie po szwajcarskiej czekoladzie. Tej tragedii nie ratuje nawet George Clooney, chociaż jak zwykle trzyma niezły poziom. To w zasadzie typowy gniot z Hollywood: dużo bardzo fajnych efektów specjalnych, słaba i mało przekonywująca historia z natrętnym moralizatorstwem. Nic fajnego, nie polecam.

Jurassic World – kolejne miłe wspomnienie z dzieciństwa zarzygane jadem z Hollywood. Jedyny powód dla którego warto „to” obejrzeć to Bryce Dallas Howard (którą i tak przez cały film miałem za Jessicę Chastain), ale nie mam tu na myśli aktorstwa. Nic więcej nie można tu chyba powiedzieć. Unikajcie, jeśli chcecie mieć jeszcze miłe wspomnienia dotyczące szału na dinozaury z lat 90-tych.

 

Źródło

Paweł Kański

Jestem internetowym zwierzem i jednocześnie łowcą LOL contentu, niepoprawnym fanbojem Twin Peaks i pankiem-weganinem. Uwielbiam nieszablonowe, dziwne kino i literaturę faktu. Dla "internetsów" piszę od kilku lat, głównie poruszając się w tematach technologiczno-sieciowych, ale zawsze ciągnęło mnie także w inne, mniej zbadane rejony. Na Culture Geeks mam nadzieję je spenetrować.

Zobacz również: