Nowy serial: The Last Man on Earth

The last man on Earth

Twórcy The Last Man On Earth zagrali na jedną kartę. W chwili obecnej w Stanach Zjednoczonych kręconych jest naprawdę ogromna ilość seriali, z czego co najmniej kilka jest naprawdę świetnych. Poziom trzymają też produkcje brytyjskie i skandynawskie, więc konkurencja jest przeogromna. „Ostatni człowiek na Ziemi” wyróżnia się spośród innych głównie dwoma rzeczami – minimalistyczną obsadą oraz połączeniem dwóch, dosyć odległych od siebie gatunków – komedii i filmu post-apokaliptycznego. Jednak na rynku zdominowanym przez ambitne, wysokobudżetowe produkcje lub sitcomy, ten serial powinien sobie poradzić i może powalczyć o sympatię widzów. Po obejrzeniu pierwszego odcinka jestem mile zaskoczony i czekam na więcej!

The Last Man On Earth zabiera nas do niedalekiej przyszłości, konkretnie do 2021 roku. Z tego co nam wiadomo, prawie cała ludzkość wymarła wybita przez tajemniczego wirusa 2 lata wcześniej. Prawdopodobnie jedynym ocalałym człowiek jest Phil Miller, 41 letni … stażysta. Nic nie wiemy o jego przeszłości, ani o tym jak udało mu się przetrwać atak śmiercionośnej choroby. Wiemy natomiast, że w poszukiwaniu innych ocalałych podróżował po całych Stanach Zjednoczonych, ale nie udało mu się nikogo odnaleźć. Zrezygnowany powrócił do swojego rodzinnego miasta – Tuscon, gdzie urządził sobie przytulne gniazdko. Po drodze, w wielu miastach zostawił jedynie informację, że będzie oczekiwał na ewentualnych gości w swoim mieście.

Jak można się domyślać, życie samotnika może odbić się poważnie na ludzkiej psychice. Szczególnie, gdy jest się pewnym, że na świecie nie ma dosłownie nikogo innego. Właśnie z tego powodu nasz bohater nieco się „zapuścił” – urządził toaletę w basenie, a kąpiele bierze w dmuchanym, dziecięcym baseniku wypełnionym po brzegi ulubionym drinkiem. Jego życie zamieniło się w jedną wielką, samotną imprezę. Do pewnego momentu serial może wydawać się nudny, ale w pewnym momencie Phil postanawia odebrać sobie życie. Od tej chwili serial nabiera rumieńców, a na scenę wkracza nowa postać, która nadaje produkcji kolorytu. To grana przez Kristen Schaal Carol, która natrafiła na wiadomości, które główny bohater pozostawił w całych Stanach Zjednoczonych. Postanowiła więc odwiedzić Phila w jego rodzinnym miasteczku.

Jedną z rzeczy na które Phil narzekał przez pierwsze minuty serialu to brak towarzystwa i kobiet. Jak wiadomo – natury się nie oszuka. Można by się więc spodziewać, że spotkanie drugiego żywego człowieka, a w dodatku kobiety, odmieni jego życie. Nic bardziej mylnego. Carol to jego całkowite przeciwieństwo – gramatyczna nazistka, ułożona pedantka i kulturalna tradycjonalistka, której wydaje się, że oboje zostali wybrani przez siłę wyższą by odrodzić ludzki gatunek. Dochodzi więc do silnego zderzenia dwóch różnych osób prezentujących dwa różne podejścia i różne systemy wartości. Efekt? Przezabawny!

Muszę przyznać, że serial naprawdę mnie rozbawił. Kilka razy zdarzyło mi się szczerze i gromko śmiechnąć, chociaż seriale komediowe bardzo rzadko wywołują u mnie takie reakcje. Pozornie banalny pomysł zestawienia dwóch zupełnie różnych charakterów, które z niezależnych od siebie powodów muszą ze sobą współpracować jest stary i wyeksploatowany, jak się wydawało do granic możliwości. W The Last Man on Earth też nie wnosi niczego nowego, ale dzięki ciekawej parze aktorów jakoś się to kręci. Najlepiej ze swojej roli spisuje się, moim zdaniem, odgrywająca rolę Carol Kristen Schaal. Pamiętam ją z roli napalonej psychofanki w świetnym serialu (kto nie widział ten nie ma rozumu i godności człowieka) Flight of the Conchords. Ta dziewczyna jest naprawdę pocieszna!

The last man on Earth aka The last Women on Earth

Mimo kilku nieścisłości (nie wiemy nic na temat śmiertelnego wirusa, na ulicach brak trupów, na świecie panuje zresztą względny porządek, zupełnie jak nie po apokalipsie) The Last Man on Earth naprawdę mnie zaciekawił. To taka mała świeżynka, wśród nudnych i oklepanych serialów „komediowych”. Niestety, obawiam się, że nie jest to to, czego ludzie w Stanach Zjednoczonych szukają. Koncepcja oparcia produkcji na (na razie) dwóch bohaterach jest dobry może i dla filmu, ale na dłuższą metę może się znudzić. Moim zdaniem serial przetrwa jeden, góra dwa sezony i będzie po zabawie. Cóż, dobre i to – ja na pewno będę go oglądał!

 

Paweł Kański

Jestem internetowym zwierzem i jednocześnie łowcą LOL contentu, niepoprawnym fanbojem Twin Peaks i pankiem-weganinem. Uwielbiam nieszablonowe, dziwne kino i literaturę faktu. Dla "internetsów" piszę od kilku lat, głównie poruszając się w tematach technologiczno-sieciowych, ale zawsze ciągnęło mnie także w inne, mniej zbadane rejony. Na Culture Geeks mam nadzieję je spenetrować.

Zobacz również: