True Detective 2: wielki finał bardzo średniego serialu [SPOILERY]

True Detective 2

Na samym początku muszę zaznaczyć, że w przeciwieństwie do chyba większości osób, które serial oglądały, nie uważam, że True Detective 2 to słaba produkcja. Niestety, zbyt wiele fanów ocenia drugą serię poprzez pryzmat pierwszego sezonu, co moim skromnym zdaniem nie ma większego sensu. Po pierwsze dlatego, że pierwsza seria była naprawdę bliska ideału pod każdym względem, a po drugie, zmieniła się przecież obsada, historia i co chyba najważniejsze – reżyser serialu. Dlatego True Detective 2 powinien być traktowany tylko i wyłącznie jako osobna, zamknięta produkcja. Chociaż nawet wtedy ocena nie będzie zbyt wysoka, to i tak warto docenić w drugim sezonie kilka rzeczy.

Zobacz też: Drugi sezon The Knick już na jesieni – zobacz świetny teaser

Zanim jednak przejdę do rzeczy, które mi się w serialu podobały, trochę się nad nim poznęcam. Błędów jest co niemiara, są to w dodatku błędy, które nigdy nie powinny pojawić się w kontynuacji tak dobrego serialu. Największym zaskoczeniem był dla mnie scenariusz. Co ciekawe, odpowiedzialny za niego był autor fabuły także do pierwszego True Detective – Nic Pizzolatto. Tym bardziej nie rozumiem co się tutaj właściwie stało. Drugi „Detektyw” to przede wszystkim zbyt skomplikowane wątki, zbyt wielu bohaterów i mało realistyczne dialogi. Wątek zabójstwa menedżera miasta Vinci to tylko drzwi prowadzące do poplątanej, skomplikowanej i zupełnie nieczytelnej historii. Po obejrzeniu całego sezonu wciąż nie rozumiem co dokładnie się stało i jakie były połączenia pomiędzy wszystkimi występującymi w serialu postaciami. Mam w głowie ledwie zarys całego wątku, jest on jednak miejscami po prostu rozmyty…

Kolejną rzeczą, która dobiła całkiem fajny pomysł na serial to zbyt duża ilość bohaterów. Zarówno pierwszy i drugi sezon mają po 8 odcinków, a każdy z nich trwa około 60 minut. True Detective z 2014 roku miał dwóch głównych bohaterów, a produkcja z tego roku aż czterech. Nie mam pojęcia jak producenci chcieli upchnąć tak skomplikowaną historię z czterema prawie równorzędnymi rolami do 8 odcinków. Efektem jest to, że trudno nawiązać jakąkolwiek nić sympatii do któregokolwiek bohatera, może z wyjątkiem samego Velcoro, któremu poświęcono najwięcej uwagi. Bohaterowie gadali też czasem okrutne, pseudofilozoficzne farmazony, które nie specjalnie trzymały się kupy. Takie tematy proponowałbym już na zawsze zostawić dla Rustiego Cohle’a z pierwszego sezonu, on się znał na rzeczy.

Detektyw - sezon drugi

Kolejnym pomysłem, który nie do końca wypalił były „mroczne” tajemnice bohaterów. O ile wątek zemsty Velcoro na domniemanym gwałcicielu żony zrobił na mnie ogromne wrażenie, o tyle motyw jego trudnej relacji ze swoim (jak się na końcu okazało) synem to jakaś kpina. Po pierwsze: kto obsadził do roli syna tego detektywa pulchnego rudzielca? Jeśli chodziło tylko i wyłącznie o wywołanie zaskoczenia w momencie kiedy dowiadujemy się, że Velcoro naprawdę był jego ojcem, to jest to naprawdę cios poniżej pasa. Historia detektyw Ani Bezzerides na pewno jest smutna i przejmująca, ale została w serialu ledwo przywołana. Ciekawy wątek służby Woodrugh’a w firmie ochroniarskiej Black Mountain to z pewnością nawiązanie do Blackwater – prawdziwej, prywatnej organizacji wojskowej, która w mało sympatyczny sposób wsławiła się swoją działalnością w Iraku. Jednak i ten motyw został ledwie wspomniany.

Ok, koniec narzekania. Sam przecież wspomniałem na samym początku, że drugi sezon True Detective naprawdę mi się podobał. Co na to wpłynęło? Na pewno atmosfera serialu, na którą zapracowali autorzy zdjęć i muzyki (lepsza niż mroczna Lera Lynn mogłaby być tylko Chelsea Wolfe!). Na początku wątpiłem, że miasto takie jak Los Angeles (a raczej jego przedmieścia) można pokazać w tak mroczny sposób. Ujęcia pokazujące gigantyczne, industrialne zakłady lub obwodnice pełne mknących gdzieś samochodów naprawdę zrobiły wrażenie. Pokazanie całego układu łączącego ludzi polityki z gangsterami jest boleśnie prawdziwe i niestety całkiem znajome. Wielki finał drugiego sezonu był też strasznie przygnębiający – szczególnie, że widzowie mają świadomość jak blisko powodzenia byli Frank Semyon i Ray Velcoro. Na koniec okazało się więc, że zmarli bohaterowie mieli w sumie najwięcej do stracenia. Na sprawiedliwego gangstera czekała żona, na detektywa dwójka dzieci i być może miłość.

Drugi sezon True Detective

Mimo zbyt zagmatwanego scenariusza, True Detective 2 był też serialem, który naprawdę dobrze się ogląda. Najlepiej wypadły sceny strzelanin i przedstawienie związku pomiędzy Frankiem Semyonem, a będącym na jego usługach Velcoro. Ich wspólna rozmowa, po tym jak policjant dowiedział się, że przez błędne informacje podane przez gangstera zabił niewinnego człowieka, jest naprawdę świetna! Aktorzy spisali się na medal i wyciągnęli ze swoich postaci sporo emocji. W drugim sezonie mamy też sporo ciekawych nawiązań do innych filmów (twórczość Davida Lyncha, filmy noir), w tym oczywiście, także do pierwszego sezonu Detektywa (motyw maski i niecodziennych praktyk seksualnych,). Nie zabrakło konkretnej dawki erotyki, przemocy, narkotyków i alkoholu. Zabrakło jednak spójności i głębi, dlatego sam serial oceniam najwyżej średnio. Na pewno jednak nie była to zła produkcja, jak niektórzy chcą ją oceniać.

True Detective 2

Kolejną mocną stroną True Detective 2 była obsada. Nie tak dobra jak w pierwszym sezonie, ale warto temu tematowi poświęcić trochę miejsca. Colin Farrell ku mojemu zaskoczeniu naprawdę dał radę, duża w tym zasługa jego wizerunkowi niestroniącego od alkoholu i narkotyków kowboja. Wiecznie zarośnięty i pijany wyglądał na prawdziwego, nowoczesnego „brudnego Harrego”, chociaż akurat to porównanie jest trochę zbyt na wyrost. Jednak jego postać na pewno była najbardziej wyrazista, mimo tego, że wraz z rozwojem akcji nieco się zmieniła i złagodniała. Rachel McAdams świetnie sprawdziła się w roli twardej i niedostępnej policjantki z ponurą tajemnicą sięgającą czasów jej dzieciństwa. Zamiłowanie do noży na pewno dodawało pikanterii tej i tak już silnej i niezależnej postaci. Dobra rola, chociaż niezbyt rozbudowana, głównie za sprawą scenariusza. Z chęcią lepiej poznałbym jej historię! Taylor Kitsch to typowy hollywoodzki przystojniak, ale zdecydowanie dał radę jako skrywający swoją orientację gliniarz. Wiadomo – męskie towarzystwo jego kolegów z pracy raczej nie sprzyja „wychodzeniu z szafy”. Niestety, podobnie jak w przypadku detektyw Ani Bezzerides, nie poznaliśmy zbyt dobrze jego przeszłości, która miała wpływ na jego tendencje samobójcze i tłumaczyłaby blizny na ciele. Vince Vaughn generalnie sprawdził się nieźle, chociaż mam w stosunku do jego roli ambiwalentne odczucia. Jako samotny wilk, człowiek biznesu i bezwzględny, ale sprawiedliwy gangster sprawdził się całkiem nieźle. Cały ten wizerunek psuły mi jego pseudo filozoficzne gadanie i absurdalne dialogi pomiędzy nim, a jego żoną. A to właśnie rola w którą wcieliła się Kelly Reilly była dla mnie największym chyba zaskoczeniem. Bardzo solidna postać drugoplanowa! Bohaterowie grani przez dwójkę wspomnianych właśnie aktorów byli też jednak uczestnikami najgłupszego dialogu w całym serialu. W ostatnim odcinku, w scenie na dworcu bredzą jakby znaleźli się właśnie na planie zdjęciowym do Casablanki…

Teraz, już po finale wszyscy zadają sobie pewnie jedno, ważne pytanie: „Czy powstanie trzecia seria True Detective”? Mam nadzieję, że tak. Mam też nadzieję, że będzie lepsza niż drugi sezon, bo sukcesu pierwszej serii na pewno nie powtórzy…

Zdjęcia

 

 

Paweł Kański

Jestem internetowym zwierzem i jednocześnie łowcą LOL contentu, niepoprawnym fanbojem Twin Peaks i pankiem-weganinem. Uwielbiam nieszablonowe, dziwne kino i literaturę faktu. Dla "internetsów" piszę od kilku lat, głównie poruszając się w tematach technologiczno-sieciowych, ale zawsze ciągnęło mnie także w inne, mniej zbadane rejony. Na Culture Geeks mam nadzieję je spenetrować.

Zobacz również: