Z archiwum (retro)gracza – Eye of the Beholder

z archiwum retrogracza eye of the beholder

Tym razem w naszym kąciku archiwum (retro)gracza przyjrzymy się jednej z legend komputerowych gier RPG – Eye of the Beholder

Eye of the Beholder został stworzony przez Westwood I wydany przez SSI w 1991 roku na Amigę i pecety z systemem MS-DOS. Jednak aby rozpocząć naszą opowieść, powinniśmy się cofnąć o kilka lat.

Protoplasta, czyli Dungeon Master

Jest rok 1987, technologia komputerowa rozwija się coraz szybciej i coraz więcej osób zaczyna odkrywać, że branża gier komputerowych na komputery osobiste może być dochodowa. W tymże roku na rynku gier pojawia się Dungeon Master wydany przez FTL games. Była to gra RPG z widoku pierwszoosobowego, która wpisywała się w gatunek gier „dungeon crawl”. Cechował się tym, że jego miejscem akcji najczęściej były różnego rodzaju lochy/kanały/jaskinie o labiryntowej strukturze, w których naszym zadaniem było pokonywanie kolejnych wrogów, zbieranie przedmiotów i na końcu pokonanie „złego”, który najczęściej znajdował się na najniższym poziomie lochów.

Dungeon Master_eye_of_the_beholder

Ojciec trójwymiarowych dungeoun crawlerów – Dungeon Master

Dungeon Master witał nas ładną (jak na ówczesne czasy) grafiką 3d, rozgrywką toczącą się w czasie rzeczywistym (co było nowum w tego typu grach) i pełną obsługę za pomocą myszki. Gracz wybierał drużynę składającą się z 4 śmiałków i wyruszał w przygodę do tytułowych lochów. Dungeon Master miał też specyficzny system wytwarzania czarów. Polegał on na klikaniu run w określonej kolejności. Co ciekawe sekwencje kliknięć nie były podane przez twórców, toteż gracze metodą prób i błędów musieli sami dojść do odpowiednich czarów. Innowacyjny był również interfejs gry, który miał w przyszłości stać się wzorem dla dziesiątek innych gier RPG.

Gra okazała się być ogromnym sukcesem, sprzedając się w nakładzie 40 000 egzemplarzy na komputer Atari ST (na który została pierwotnie wydana), stając się najczęściej kupowaną grą na tę maszynę.

Eye of the Beholder – gracze PC mają swojego Dungeon Mastera

Popularność Dungeon Mastera odbiła się szerokim echem wśród twórców gier komputerowych. Studio Westwood postanowiło wykorzystać niemal w całości mechanikę Dungeon Mastera, usprawniając ją o kilka rzeczy i wypuszczając w 1991 roku na komputery PC Eye of the Beholder.

Gra oparta była na systemie Advenced Dungeons & Dragons i w przeciwieństwie do produkcji FTL wprowadzała nas krótką historią fabularną. W niej dowiadujemy się, że w podziemiach miasta Waterdeep zagnieździło się zło, które ktoś musi wyplenić. Włodarze miasta wynajmują drużynę śmiałków, którzy mają się podjąć tego działania. I tutaj do akcji wkraczamy my.

eye of the beholder

Ekran kreowania postaci. Wybór rasy zgodny z zasadami Advanced Dungeons & Dragons

Naszym pierwszym zadaniem jest określenie członków drużyny. Wybieramy spośród różnych ras i płci, jednej z sześciu klas (wojownik, paladyn, łotrzyk, zwiadowca, kapłan, mag), charakteru (dobry, neutralny, zły), a następnie możemy wybrać awatar i losować statystyki postaci. Odpowedni dobór postaci ma duże znaczenie w grze i warto nad tym się chwilę zastanowić (albo poszukać poradników w sieci, które dokładnie wytłumaczą, jak konkretne cechy i umiejętności wpływają na grę).

Jak to wygląda

Po zaakceptowaniu wszystkich postaci byliśmy rzucani do pierwszego poziomu lochów i tutaj zaczynała nasza przygoda. Jak spojrzy się na zrzuty prezentujące Dungeon Mastera i Eye of the Beholder widać, jak obydwa tytuły są do siebie podobne, ale jednak ten drugi jest bardziej uporządkowany.

W lewym górnym rogu ekran gry, po prawej awatary naszych bohaterów i dzierżone przez nich przedmioty, a na dole kompas, strzałki poruszania się oraz ekran wyświetlający komunikaty. Całą zabawę mogliśmy prowadzić za pomocą myszki, choć wygodniejsze było poruszanie się za pomocą strzałek na klawiaturze.

eye of the beholder

Interfejs gry. Jak widać zastosowano niewielką kosmetykę w porównaniu do Dungeon Mastera. Dobre rozmieszczenie poszczególnych elementów i świetny pomysł z dodaniem ciągle widocznych awatarów – łatwiej było się zżyć z naszymi bohaterami.

Podobnie jak w Dungeon Masterze gra toczyła się w czasie rzeczywistym, toteż pozostawienie na chwile samym sobie naszych bohaterów i odejściem od komputera bez włączenia pauzy, mogło skończyć się śmiercią całej drużyny. Poruszanie się było proste, plansza podzielona była na segmenty, jedno kliknięcie strzałki do góry powodowało przemieszczenie się o jeden segment. Podziemia w grze były ogromne, a na domiar złego gra nie oferowała trybu mapy… Cóż w latach 90. gdy udało się dorwać do Eye of the Beholder nierozłącznym elementem zabawy była kartka papieru i rysowanie map. Bez tego łatwo było zgubić się w podziemnych labiryntach.

W trakcie rozgrywki napotykaliśmy różne zagadki (coś włączyć, coś przycisnąć, znaleźć jakiś przedmiot lub przycisk), które czasami mogły przyprawić o ból głowy (nigdy nie lubiłem miejsc, które nas obracały, czego nie można było zauważyć, jeśli nie spojrzało się na kompas, ponieważ sceneria wokół wyglądała tak samo). Napotykaliśmy także na różnorakich przeciwników, zależnie na jakim poziomie głębin się znajdowaliśmy. Bestiariusz był dość urozmaicony i czasami sprawiał spore problemy (trucizna pająków…). Walka w grze była rozwiązana w prosty sposób. Gdy przed nami pojawiał się wróg, klikaliśmy ikonki broni znajdujące się przy awatarach naszych bohaterów. Tutaj należy wspomnieć o tym, że w przypadku starć zbrojnych istotne było rozmieszczenie naszych bohaterów. Ci dzierżący broń krótką mogli zadawać obrażenia tylko, gdy stali w pierwszy szeregu. Kolejny wymagał posiadania już broni miotanej lub długiej. Ważnym rozwinięciem pomysłu z Dungeon Master było też to, że w trakcie gry mogliśmy spotkać nowych bohaterów i dołączyć ich do naszej drużyny.

eye of the beholder

Pająki (a dokładniej ich trucizna) w Eye of the Beholder były zmorą niejednego gracza. Bez dobrego uzdrowiciela lub krasnoluda w drużynie było ciężko.

Pamiętam, że duży zawód stanowiło zakończenie gry. Gdy już przedarliśmy się przez kolejne poziomy podziemi i pokonaliśmy finałowego bossa. Dostawaliśmy… planszę z tekstem z krótkim wyjaśnieniem, gratulacje i… to koniec. Niedosyt był ogromny.

Graficznie, jak na swoje czasy, Eye of the Beholder wyglądał bardzo dobrze. Co prawda wszystko było dość monotonne i jednostajne (w końcu widzimy ciągle ściany kolejnych poziomów lochów), jednak pozwalało to wczuć się w klaustrofobiczny klimat podziemi. Obiekty wrogów było duże i wyraźne, szybko zżywaliśmy się także z wizerunkami naszych bohaterów. Ciężko mówić z kolei coś o dźwięku, bo ten był ograniczony do pojedynczych dźwięków wydawanych przez okoliczne stworzenia lub dźwięk uderzeń broni i używanych czarów.

Z prawej strony widoczny ekwipunek postaci, której przypadła rola bycia zwiadowcą/łucznikiem. Po prawej widoczne zejście na niższy poziom podziemii i ta chwila ekscytacji - na jakie przygody natrafimy teraz?

Z prawej strony widoczny ekwipunek postaci, której przypadła rola bycia zwiadowcą/łucznikiem. Po lewej widoczne zejście na niższy poziom podziemii i ta chwila ekscytacji – na jakie przygody natrafimy teraz?

Eye of the Beholder cieszył się bardzo dużą popularnością i w niedługim czasie wyszły kolejne dwie części, a sam gatunek dungeon crawlerów doczekał się renesansu na komputerach PC.

Eye of the Beholder dzisiaj

Jak Eye of the Beholder sprawdza się dzisiaj? Obecnie to chyba rozrywka już tylko dla dinozaurów gier komputerowych. Dla współczesnego gracza zabawa będzie za mało urozmaicona, nudna, nieatrakcyjna, zawierająca za mało broni, potworów, możliwości rozwoju postaci. Ostatnio próbowano wskrzeszać dungeon crawlery z dość dobrym skutkiem (obydwie części Legend of Grimrock), dlatego tym bardziej dzisiejszy gracz nie znajdzie powodu, żeby sięgać do prehistorii (chyba, że będzie nim kierować ciekawość).

Zobacz też: Z archiwum (retro)gracza – Desert Strike: Return to the Gulf

Ja zaliczam się do starszego pokolenia graczy i przyznam, że powrót do Eye of the Beholder przebiegł dość dobrze. Co prawda brakuje już tej magii co kiedyś (monitor CRT, proste odgłosy wydobywające się ze słabych głośników lub systemowego bzyczka, duża ilość czasu i ręcznie rysowane mapy), ale mimo wszystko spędziłem z nią kilka miłych chwil. Tym co najbardziej dzisiaj przeszkadza to jednak brak automapy… Bez tych ściągniętych z internetu byłoby ciężko, niestety ograniczony czas nie pozwalał na ponowne zabawy w kartografa… Jednak jeśli ktoś chce zobaczyć „jak to się grało kiedyś”, to może przysiąść do Eye of the Beholder. Dobrze pracująca wyobraźnia może sprawić, że wciągniemy się na poważnie w prezentowaną przygodę.

Michał Adamski

Niepoprawny pesymista, miłośnik wodnej fauny i gramatyczny nazista. Fanatyk filmów Sergio Leone, spaghetti westernów i ogólnie pojętego kina exploitation. Lubi nowe technologie, tenis, football amerykański oraz uwielbia poświęcać wolny czas na gry komputerowe, a w szczególności te, które już przekroczyły wiek pełnoletności.

Zobacz również: